jak to się zaczęło

Powstawanie marki HERSTORY to historia nudna jak flaki z olejem, oklepana i opowiadana już tysiące razy… :-) Oto była sobie kobieta, która pracując jako Główna Księgowa zorientowała się że to samotne zajęcie i zapragnęła zrealizować swoje pasje i marzenia. Brzmi znajomo? Jeśli jeszcze dorzucę, że szydełkiem władam od dziecięcia, tylko mama zawsze mówiła że „chleba z tego nie będzie” to mamy już pełen obraz skrywanego od lat talentu, który nareszcie ma szanse się wyszaleć. Plus trochę buntowniczki, która skromnym szeptem, nie za głośno, powtarza „ja wam jeszcze pokażę” :-)

Moim narzędziem pracy jest szydełko oraz dość sztywny drut. Nawlekam na niego różne skarby i tak powstają bransoletki, naszyjniki i pierścionki. Bransoletki wciąga się na dłoń jak rękawiczki – są dzianiną, choć ze sztywnego drutu i lekko się rozciągają.

Większość rzeczy na świecie powstaje albo z potrzeby, albo przez pomyłkę. Ja miałam potrzebę zakrycia czymś nadgarstków, bo właśnie tam moje ciało uparło się być nieatrakcyjne. Oczywiście nie mogłam znaleźć niczego, co by było wystarczająco oryginalne, więc sobie zrobiłam…

Potem historia znów robi się nudna, bo trzeba było przejść od niedowierzania, że może się to podobać komuś jeszcze oprócz mnie aż do osłupienia, że ktoś jest gotów za to zapłacić prawdziwe pieniądze, aż do uświadomienia sobie realnej wartości każdej z rzeczy którą robię.

To z resztą uświadamiają mi codziennie kobiety, które noszą moją biżuterię. Uwielbiam słuchać ich historii, które opowiadają na przykład, że dzięki bransoletce przypominają sobie że są boginiami i gdy wchodzą do sklepu, to ekspedientki lepiej je obsługują. Albo na przykład dziewczyna, która wybrała najmniejszą i najskromniejszą bransoletkę przypędziła do mnie najpierw po trochę szerszą a teraz nosi największe i najbardziej brzęczące, do kompletu z wypiętym biustem i szpilkami (to dość częsta historia :-)). Albo na przykład historia dziewczyny, która drżąc o życie swojej córki w szpitalu mówiła: „co dzień zakładałam bransoletkę, ładnie się ubierałam i malowałam, bo to dawało mi poczucie że to ja panuję nad sytuacją a nie odwrotnie” (udało się!!!). Albo historia pewnej menadżerki, która cieszyła się jak dziecko gdy opowiadała: „u nas jest sztywny dress-code, ale ja zakładam moją bransoletkę z tajnymi czaszkami i mogę być sobą!”. Czaszki rzeczywiście widać było tylko z bliska, a bransoleta była elegancka.

Dlatego właśnie HERSTORY…

Na początku marka nazywała się „Co ja narobiłam?” ponieważ uwielbiam dwuznaczności. Lubiłam tę nazwę, bo zawsze budziła u ludzi uśmiech. Trzeba ją było zmienić z oczywistych względów, gdy biżuteria przedostała się poza granice Polski. Razem ze zmianą nazwy pojawiły się pomysły i potrzeba marketingu, PR-u i wszystkich tych rzeczy, które trzeba koniecznie zrobić, a które cały czas mnie przerastają oraz przerażają… Jedną z tych przerażających rzeczy jest to, że trzeba się starać, żeby celebrytki nosiły moje produkty, bo to podobno dobrze robi na sprzedaż. Mnie się marzy bransoletka HERSTORY na pani spawaczce, pani hutniczce, pani bufetowej, czy pani taksówkarce… O ile je to uszczęśliwi!

Biżuteria jest bardzo osobistą rzeczą, jak seksowna bielizna – tyle że można ją nosić całkiem na wierzchu! Może posłużyć do zmiany nastroju, wyrażenia swojego charakteru, albo nawet może ułatwić porachunki z życiem. Wiele kobiet traktuje biżuterię jak talizman i to są właśnie moje wymarzone klientki.

 Zajrzyjcie do zakładki „gdzie kupić?” żeby sprawdzić jak najprościej i najbliżej kupić sobie coś pięknego. Przygotujcie się na to, że to biżuteria wybierze Was, a nie odwrotnie…

Serdecznie pozdrawiam,

Joanna Kępińska

projektantka biżuterii HERSTORY

Komentarz wpisz tutaj: