O nazwach słów kilka

Wierzcie mi, że nadawanie nazw bransoletkom to wcale nie jest łatwa sprawa… Chciało by się, żeby odzwierciedlały urodę i wyjątkowość dzieła, intrygowały nie mniej niż sama bransoletka i zapadały w pamięć na długo. Wierzcie mi, nie jest lekko…

Najmniej lekko jest wtedy, gdy do głowy cisną się nazwy, które w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie mogą ujrzeć światła innego niż mojej pracowni. Nawet wypowiadać ich nie powinnam! :-) Któż bowiem kupił by bransoletkę, co się nazywa „spare ribs”, lub „maryjną” albo co gorsza „majtkową”? Kto by chciał „pawia” albo „w kolorze kupy”, tudzież „golasa” czy „żabie udko”. Bo „zielony groszek”, „botwinka” czy „parówka” to jeszcze ujdzie – bardzo często mam spożywcze skojarzenia :-) Była już „sałatka z zielonych pomidorów”, „kukurydza w majonezie” (kto by to zjadł?!) i „ciastko z dziurką”.

A wszystko to przyszło mi do głowy, bo „robocza” nazwa bransoletki ze zdjęcia właśnie nie chce wyjść mi z głowy i pojęcia nie mam czym zmysłowym i eterycznym ją zastąpić. Kto zgadnie jaka nazwa mi się do niej przylepiła? :-)

*odpowiedź znajduje się w tekście :-)

Love ya’

Joanna

Komentarz wpisz tutaj: